piątek, 2 czerwca 2017

Było, minęło, będzie co ma być, czyli moja Turcja kiedyś i teraz

W Klubie Polki na Obczyźnie piszemy tego lata o tym, jak z upływem czasu zmieniało się nasze postrzeganie nowego miejsca zamieszkania. Klubowe blogerki dzieliły się wczoraj przemyśleniami o Szwecji i Szwajcarii, dziś pora na Turcję oraz USA. Od jutra kolejne wpisy, po dwa kraje na każdy dzień czerwca, a więc dużo wakacyjnego czytania. Zapraszamy na BLOGA KLUBU



Wyluzuj
Jako osoba racjonalna wierzę w moc intuicji. Pojęcia przeciwstawne? Może dlatego wybrałam Turcję – kraj kontrastów – jako swoje tymczasowe (?) miejsce zamieszkania.
Żeby doprecyzować: wybór ten był jak najbardziej wynikiem przypadku. Plany planami, a najlepiej i tak kierować się intuicją i zdać na kısmet, czyli los, który – co chyba oczywiste – nie jest w naszych rękach. Denerwujące, prawda?
Stwierdzenia, że jakoś to będzie, hallederiz, a w ogóle niezastąpione inşallah, czyli z nadzieją, że Bóg da… a jak nie da, wtedy boşver – nieważne, olać sprawę, z przeznaczeniem (kader) się przecież nie wygra, są… bardzo irytujące? A i owszem. Ale tylko dla początkującego stambulczyka.
Po dekadzie w kraju gwiazdy i półksiężyca uważam, że turecka recepta na święty spokój jest wbrew pozorom bardzo atrakcyjna. Nie zawsze oznacza intelektualne czy zwyczajne lenistwo, brak odpowiedzialności za własne decyzje. Boşver w pozytywnym wydaniu to tak naprawdę: nie martw się na zapas, nie spinaj, nie analizuj każdego gestu i słowa, nie przesadzaj! Wydumane problemy tzw. pierwszego świata to nie turecka bajka…

Czy wszyscy ze mną flirtują? Czy wszyscy mnie lubią?
Byłoby przyjemnie, prawda? Tyle, że nie jest.
Turcy na zadawane często (oraz z dużym zaangażowaniem) pytania o to, co słychać, nie odpowiadają litanią skarg i zażaleń z rodzaju stara bieda. Mają się zawsze dobrze, mało tego – zadadzą ci to samo pytanie, cierpliwie czekając, aż potwierdzisz swoje wspaniałe samopoczucie. Starczy? Mało.
W codziennym rytuale wymiany uprzejmości istotne jest też zdrowie rodziny i przyjaciół, obietnice rychłych spotkań i wiele innych kwiatków – z takim bukietem grzeczności i radości jakże miło rozpocząć dzień, nawet w nielubianej pracy.
Gorzej, gdy zaczniemy nadawać płynącej w tureckich żyłach towarzyskiej kurtuazji znaczenia ponad miarę. A przecież to tylko ładna otoczka. Może jednak – trudno bowiem w pędzie wielkomiejskiego życia zdobyć się na pauzę, uśmiech, często kilkuminutową (tak!) grę uprzejmości, wcale nie z rodzaju zachodnioeuropejskiego how are you? na którego odpowiedź nie czeka się nawet sekundy. Trochę czasu i energii to jednak kosztuje…
Flirtujący typ konwersacji – tym terminem zaczęłam nazywać rodzaj komunikacji, który był dla mnie obcym, a na samym początku emigracji wydawał się przesadnie wylewnym. Po latach jest już drugą naturą, którą trudno ukryć w krajach zimnokrwistych – tam uaktywnia się przecież dopiero po hektolitrach wlanych w siebie %. Banał banałem, ale pogoda ma jednak wpływ na ludzi…

Drama
Gdy dwanaście lat temu wypełniona do ostatniego widza sala kina w centralnej Anatolii zawodziła zgodnie po premierze filmu Babam ve Oğlum (Mó Ojciec i Mój Syn) pomyślałam: ale o co chodzi? Film odebrałam jako przesadnie rzewny, a reakcje odbiorców (której pozazdrościłby nawet reżyser Titanica) – mocno ekspresyjną.
Kiedy siedem lat temu znajoma z pracy komentowała grę aktorów w amerykańskim dramacie jako mało emocjonalną, nie dziwiłam się już wcale. Zasugerowałam tylko, że bohaterowie wyrażają może więcej oczami ;) i różnego rodzaju niuansami, a nie gwałtowną gestykulacją, płaczem oraz krzykiem. Nie zgodziła się, ale warto było podjąć próbę.

Największa drama to oczywiście samotność, z której trzeba osobnika wyciągnąć siłą. Przekonałam się o tym wielokrotnie, gdy nie chciałam iść razem na lunch (z prozaicznego powodu, jakim był brak odczuwanego głodu), spędzać w grupie przerwy (wymarzona chwila medytacji w natłoku słów i myśli) lub nie miałam ochoty na wspólne wyjście po pracy (polegającej przecież na niekończących się rozmowach z ludźmi). Rezultat? Trzeba się poddać, pamiętając, że taki nasz kısmet

5 komentarzy:

  1. świetne, chętnie czytałabym dalej, niedosyt został... :D

    OdpowiedzUsuń
  2. w takim razie może zaszaleję z kontynuacją ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. w Tyurcji byłam już dawno dawno na wymianie studenckiej i mimo, że nie znam treckiego oglądałam zawzięcie telenowele. tam emocje są tak silne, że nie trzeba rozumieć języka!! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. a akcja toczy w tak zawrotnym tempie, że można się w tym czasie języka nauczyć ;) :)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. zaszalej koniecznie :) i daj znać, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń